
Wydarzyło się to 4 września 2026 roku, gdy w biurze szkoły jazdy z Poznania odezwał się telefon. Jak się okazało, dzwonił Mieszko. Był to kursant, który tego dnia przystąpił do egzaminu praktycznego na kategorię B.
— Panie Cezary — rzekł chłopak — właśnie zdałem za pierwszym podejściem!
— Gratulacje! — Ucieszył się mężczyzna.
— Teraz jadę z ojcem kupić używaną furę, a potem zawiozę rodzinkę na wesele mojej siorki…
— Gdy wrócisz z wesela — ciągnął szef OSK — podjedź pod naszą szkołę swoim nowym samochodem, abyśmy mogli się nacieszyć z tobą…
— Ok, jak wrócę z zabawy, podjadę furką…
Jakieś dwa tygodnie później pod biurem OSK stanęła taksówka. Wysiadł z niej Mieszko. Gdy chłopak przekroczył progi sekretariatu, był blady jak śnieg.

Niekiedy kurs na kategorię T w szkole jazdy to przepustka do lepszego życia. Tak było w przypadku Marcina, który pochodził z prowincji. Mieszkał na wsi położonej na północ od Poznania i od wczesnego dzieciństwa przywykł do ciężkiej pracy. Jego rodzice z dziada pradziada prowadzili gospodarstwo rolne. Chociaż, jak na dzisiejsze uwarunkowania, było ono niewielkie, bo liczące zaledwie 50 hektarów, to dla małego chłopca okazało się prawdziwą szkołą życia.
I tak Marcin już jako mały brzdąc uczył się prowadzić traktor, siedząc na kolanach ojca czy dziadka. Oprócz tego pomagał w chowie zwierząt oraz wylewał ostatnie poty w czasie prac gospodarskich. Życie sprawiło, że już w wieku siedmiu lat samodzielnie prowadził ciągnik, oczywiście pod czujnym okiem dorosłych. A gdy kilka lat później świetnie radził sobie za kółkiem, dziadek stwierdził, że umiejętność jazdy wyssał z mlekiem matki.

Od samego początku Aleksander polubił szefa szkoły jazdy z Poznania, czyli Cezarego. Szacunek, którym go darzył, wynikał nie tylko z tego, że dzięki jego pomocy nauczył się jeździć po polskich drogach i zdał za pierwszym podejściem egzamin na kategorię B w WORD-zie. Przede wszystkim imponowała mu wiedza oraz filozofia życiowa kierownika ośrodka.
Dlatego pewnego dnia, już po odbiorze prawka z urzędu, zjawił się w biurze OSK, zajął miejsce przy biurku i zadał jedno pytanie, które spędzało sen z jego powiek:
— Panie Cezary, czy warto kupić nowy samochód? Odziedziczyłem w spadku po dziadku kupkę pieniędzy, które chciałem zainwestować w świetny wóz, ale zastanawiam się także nad nabyciem używanej fury…

Prezentujemy kolejną historię, która chociaż nie miała miejsca w Poznaniu, zasługuje na pojawienie się na blogu naszej szkoły jazdy. Wydarzyło się to jakiś czas temu, gdy pewna para postanowiła nabyć używany samochód. Wtedy jeszcze nie spodziewali się, że ich transakcja zakończy się pościgiem ulicami miasta…
Najpierw w Internecie znaleźli ogłoszenie, potem pojechali na miejsce obejrzeć auto. Niestety nie dogadali się ze sprzedawcą, który z tego powodu wpadł w furię i obrzucił ich wyzwiskami. Para wskoczyła do swego pojazdu i ruszyła w drogę powrotną. Na nieszczęście sprzedający nie był z tych, którzy nie przejmują się odmową klienta, i wszczął za nimi pościg.